![]() |
|||
|
|
|||
|
POSZUKIWANY WYDAWCA: informacje: traducciones@home.pl
Misueños. Karaibska Miłość André Miroire*
„Nawet najmarniejsza ze sztuk wymaga całkowitego oddania, jeśli chcesz być mistrzem”[1] Gorące, wilgotne popołudnie tropiku. Wyjazd z Hawany. W arkadach podcieni przy dworcu, w cieniu jednego z filarów mignęło wysokie, drewniane krzesło pucybuta. Zaniedbane, pokryte grafitti mury, kolejne ziejące ciemnymi, pustymi sklepami arkady. Cisza i spokój niedzielnego, kolonialnego miasta. Przedmieścia. Pojedyncze domki i kiedyś hacjendy, przechodzący wolno ludzie i wychudłe, dosiadane wierzchem konie. Wreszcie długa wstęga prostej, zwężającej się w górę pod falujący, jak na filmach, horyzont asfaltowej drogi. Spojrzał na licznik. 120 kilometrów na godzinę. Po obu stronach kołyszące się w rytm przechodzących wśród nich, niewidzialnych macheteros, wysokie łodygi trzciny cukrowej. Gdzieniegdzie ulatująca do nieba niczym modlitwa strużka jasnego dymu. Migające od czasu do czasu pojedyncze, dziwne pojazdy, kiedyś zaprzęgi konne, kiedyś samochody, kiedyś motocykle. Jechali godzina za godziną, w lekkiej gorączce, pędząc ku swemu przeznaczeniu. Wszystko jest przeznaczeniem, pomyślał, przymykając na chwilę oczy. Kolejna godzina podróży. Kolejna godzina wąskiej, długiej jak wyspa, rozgrzanej drogi. Pod powiekami mijają kolejne, szybko wtapiające się w zostającą za nami już przeszłość pejzaże. Kolejny punkcik na horyzoncie z miękkiego asfaltu. Zrujnowana wiata przystanku, przemknęło mu przez zaczepioną przez moment o długie, rosnące wzdłuż drogi łodygi myśl. - Zatrzymajmy się tutaj, odświeżymy się guarapo[2], zaproponował kierowca. - Dobrze! Pasażer przeciągnął się, półprzytomny na rozłożonym, lotniczym fotelu. Oznaczona czerwono-białą szachownicą taksówka dla turystów przyhamowała gwałtownie, wykonała szybki, dynamiczny półobrót i zatrzymała się w zatoczce po drugiej stronie szosy, tuż przy małej grupce Mulatów. Niezwykle chudy, kościsty mężczyzna, w białym, wietnamskim podkoszulku na ramiączkach i z maczetą u nogi, popijał już z papierowego, szarego kubka gęsty, mętny sok. Obok tęga, ciemnoskóra kobieta w niezwykle kolorowej sukience i apaszce maskującej jakiś medalion, powolnym gestem, wierzchem swej ciemnej dłoni powoli, jak na starym, niemym dokumencie ociera z drobnych, lśniących perełek potu swe spocone, ciemne jak heban czoło. Druga, oparta o biodro dłoń zastygła, zgięta, w wyczekującej na widok naszego pojazdu pozie. Obok stał młody chłopak w białej bawełnianym t-shircie z postacią nieśmiertelnego „Ché” Guevary i nieskazitelnie, wręcz groteskowo wyglądających posród tumanów zastygłego na moment kurzu białych dżinsach. Dwa rzędy korali na szyji, opaska na nadgarstku, na głowie stare, lekko zakurzone, lśniące jednak w słońcu sombrero. Iyawo, poświęcony orishy pomyślał. Rower oparty o wiatę, zwisająca obok szprych cienka maczeta i czerwony, lekko już przyćmiony zachód słońca za wzgórzem, dopełniły pochwycony w dwie sekundy szybkiej, coraz bliższej obserwacji pejzaż. Odpiął pasy i otworzył drzwi, wciągając aromat gorącego, wiejskiego powietrza, mieszaniny dymu i wysuszonej słońcem uprawnej ziemi. Podszedł do sprzedawcy. - ¡Dos guarapos, compadre! Stary, niedbale ubrany guajiro spojrzał przez moment na kierowcę. Ten rzucił nań niedbale zachęcające, choć lekko zmęczone spojrzenie. - ¡Bueas! machnął ręką w równie niedbałym geście powitania. Sięgnął do stojącego przed nim, wypełnionego do połowy sokiem aluminiowego kanistra. Podał jeden kubek opartemu teraz na masce stojącego obok samochodu kierowcy. - 5 peso! - Proszę! Kobieta i młodzieniec wymienili między sobą, bez pośpiechu, kilka cichych, szeptanych niezrozumiale słów. Gorąco, pomyślał.
- ¿Vámonos? Jedziemy? odezwał się, milcząco przyglądający się całej tej scenie kierowca. - ¡No` vamo! ¡Adiós! rzucił w kierunku grupki Kubańczyków. - ¡Adiós! ! ¡Adiós, compañero!
Ruszyli z piskiem opon, ostrym wjazdem na pas w kierunku wzgórza. Po chwili, znów na wpół pogrążony w gorączce opierał się wygodnie w tym samym szarym, wysokim, wąskim, lotniczym fotelu ich nowoczesnej Łady. Jeszcze godzina, pomyślał. Jak ja to, jak ja ją, poprawił się leniwie w myślach, znajdę bez adresu. Trudno, nie miałem wyjścia, musiałem się stamtąd wyrwać, zobaczyć wreszcie interior, spotkać się z nią, pomyślał. Ochún Yemí. Moje przeznaczenie. Poczuł się bardzo bezpieczny, jakby otulony delikatnym całunem, owiany lekką, gorącą falą ze szczeliny właśnie otwartego okienka samochodu. Przeznaczenie, pomyślał zamykając bezwładne, zmęczone gorączką i upałem oczy. *** Wyślij! ostatnia komenda i wyjście z programu pocztowego. Spojrzał na zewnątrz przez plastikowe oprawy swojego okna. Nad pokrytymi bujnym lasem okolicznymi wzgórzami właśnie wstawał świt. Wstał znad komputera. Prysznic, kuchnia. Poranny rytuał, mocna, słodka kawa z metalowego, zgrabnego ekspresu Bialettiego, oddech świeżego, porannego powietrza z widokiem na pierwsze lądujące samoloty. Samolot, pomyślał. Spojrzał na zegarek z uczuciem potwornego zmęczenia po całonocnym, intensywnym tłumaczeniu. Traduction oblige, pomyślał, nie można zawieść klientów, bo mogą już nie wrócić. Wrócił do komputera. Została ostatnia, krótka godzina przed komputerem. Mało, pomyślał. Otworzył telnetem prywatną pocztę i kliknął na ostatnią wiadomość. Drukuj! Stara, atramentowa drukarka zaczęła powoli mielić kolejne strony, nakładając z irytującym dostojeństwem kolejne warstw, gęsto zadrukowanych strony. Coś więcej w międzyczasie, pomyślał. Ostatni rzut oka na Internet, google, Cuba hoy. Łyk kawy. Jest, nie, to tylko zdjęcia, z tego nic nie będzie, strona Fundacji, nie ma to jak niezależne źródło informacji, pomyślał niemal zasypiając ze zmęczenia na swoim miękkim, obitym czarnym skajem biurowym fotelu naprzeciw ekranu komputera. Łyk schłodzonej już kawy. Kilkanaście minut instensywnego klikania. Ostatni link. Ciekawe, pomyślał, spoglądając na tytuł. Już nie czytam! Wydruk, zabieram ze sobą, teraz nie mam czasu, zdecydował. Zgarnął papiery do teczki. Golenie, garnitur, jasne, skórzane półbuty. Prosto z bazaru w Stambule, uśmiechnął się na wspomnienie muezzina wyjącego o piątej nad ranem za oknem, z głośników strzelającego obok w niebo minaretu. Na szczęście tu też jest już ciepło, nie wzbudzę podejrzeń w Europie. Zamówił taksówkę, wziął torbę i teczkę, zamknął starannie drzwi i wyszedł. Machnął na powitanie kręcącemu się na podwórzu przed blokiem strażnikowi. Zaraz skończy nocny dyżur i wsiądzie do porannego pociągu do domu, kilkanaście kilometrów na zachód stąd, pomyślał. Spokojne, uregulowane życie, żadnych niespodzianek, pomyślał z zazdrością. Po chwili wsiadał do taksówki, kątem oka, z przyzwyczajenia śledząc podchodzący do lądowania drugi, poranny samolot. LOT, zarejestrował w myślach. Tanie linie zaczynają lądować po dziesiątej. Dwie ulice, światła. Czerwone. Zatrzymali się. Znowu te korki, pomyślał André sięgając po materiały, zrezygnowany, choć pobudzony pryśnicem i świeżym, mocnym, włoskim espresso. Zaczął czytać wydrukowane z maila kartki. „Niektóre ze znanych rezydencji Fidela Castro na terytorium Kuby:
Po co mi to przysłali? Na szczęście to nie moja działka, spojrzał na kolejne zmieniające się światło, za którym ruch był już normalny. Nareszcie, pomyślał, wertując zapełnione znajomym, drobnym maczkiem kartki. Czy oni nie mogą tego dawać w innym formacie? Ziewnął lekko, zasłaniając odruchowo usta wierzchem dłoni. I tak to wszystko już wiem, pomyślał. Stary system krótkich, intensywnych przygotowań do pracy. Potem odreagowanie, sen w podróży, a potem można, nie, trzeba działać! Na czysto, z jasnym umysłem, bez zbędnych refleksji. Precyzyjnie. Execute. Wykonaj! Lubił ten prosty, w zasadzie komputerowy termin. Tylko, że tym razem nawet nie musiał przygotowywać się do tłumaczenia. I nie miał czasu przygotować się do zadania. Pobieżnie przejrzał ostatnią stronę wydrukowanych notatek. 37. Posiadłość myśliwska " - KPK, Komunistyczna Partia Kuby, elita elit, czysta śmietanka, pomyślał, since 1965... . I wciąż u władzy! Wjechali na autostradę. Wreszcie! Spojrzał przelotnie na zegar licznika. 80, 100, 120, 130 kilometrów na godzinę. Sprawy nabierają rozpędu, uśmiechnął się sam do siebie, uspokojony. Spokojnie i pusto jak pas startowy, pomyślał odprowadzając zmęczonym wzrokiem mijające ich właśnie czerwone porsche carrera. Że też chce mu się ścigać o tej porze, pomyślał. I tak za chwilę ma bramki. Pomacał leżącą pod nogami czarną, używaną, skórzaną teczkę. Dobra, pomyślał. Nie przyciągnie niczyjej uwagi. Zwykła czarna aktówka. Włożył kartki do teczki i zamknął. Znowu musiałem się gimnastykować, żeby wszystko ułożyć, pomyślał. Za pół godziny zaczyna się odprawa. Wjechali na parking pod terminalem. - 50 złotych. Rachunek? - Proszę! Reszty ani rachunku nie trzeba! - Do widzenia! Spokojnego lotu! - Dziękuję. Do widzenia! Wysiadł z taksówki i poszedł w stronę wejścia do hallu. Przeszklone, nowoczesne drzwi otwarły się bezszelestnie, wpuszczając go do oświetlonego teraz pełnym, porannym słońcem terminala. Małe lotnisko, pomyślał. Rozejrzał się dyskretnie, ale nieliczni jeszcze podróżni zdawali się być zajęci każdy swoim problemem. Wyjął kartę i podszedł do bankomatu. Gdyby to komuś opowiedzieć, to pomyślałby, że zwariowałem. Język polski, PIN, gotówka, euro, 500 euro, tyle wystarczy, reszta w Paryżu, wprost z rachunku bankowego. Kilka łatwych wyborów, pomyślał. Po tylu latach, przecież tam wszystko się pozmieniało! Jak mogłem przyjąć to zlecenie? Jak zwykle, jak każdy, dopomyślał. Przeznaczenie. Kiedy stoisz przed wyborem – jechać – nie jechać, zawsze wybierasz - jechać! Zresztą może być całkiem spokojnie i ciekawie. Zbyt spokojnie. Spojrzał na ekran terminala. Wyjął pieniądze i kwit i podszedł do odprawy bagażu. - Paryż, uśmiechnął się do ubranej w niebieski uniform młodej dziewczyny za kontuarem. Jeden bagaż główny i jeden podręczny, wskazał gestem na czarną aktówkę. - Proszę, pracownica obsługi sprawnym gestem odebrała bagaż, nakleiła naklejki i posłała taśmą do prześwietlenia, a następnie oddała mu dowód i kartę pokładową. Miłej podróży! Kątem oka dostrzegł zza ramienia kolejnego, ustawiającego się tuż za nim mężczyznę. Niewysoki, czarna, skórzana kurtka, nijaka fryzura, lekko zmierzwione, czarne włosy, ocenił kątem oka. Za chwilę pójdzie za mną do baru, pomyślał. - Dziękuję, do widzenia! Rozejrzał się. Gdzie jest Drugi? pomyślał. Za wcześnie, nie tutaj, odpowiedział sam sobie. Rozejrzał się dyskretnie po czystym, długim hallu. Niezły ruch. Kiedyś można tu było spotkać kilkanaście osób na raz, w tym straż graniczną, uśmiechnął się do swoich wspomnień. Straż Graniczna. Pełna kontrola, każdego można sprawdzić, ile razy był za granicą, jak długo, jaki paszport. Chyba, że zmieniał na cudzy, lub nowy. Teraz mają problem. Dowód osobisty czytniki rejestrują do innej, nowej bazy, pomyślał. I już ewidencja niekompletna. No i to cholerne Schengen. Nie moja sprawa. Dla mnie zadanie jak zadanie, jak wiele innych, pomyślał, jak każde inne zadanie, dopomyślał . Rozejrzał się i podszedł do biura LOT-u. - Mają panie niszczarkę? - Niszczarkę? zdziwiła się siedząca tuż obok przeszklonych drzwi kobieta. - Tak, widzi Pani, jestem tłumaczem przysięgłym i nieopatrznie wziąłem kopie dokumentów klienta. Zwykle niszczę u siebie... . A nie chcę ich brać za granicę, wie Pani, przepisy, poza tym strzeżonego.... - Ile pan tego ma? - Kilkanaście stron. - Proszę, oczywiście, uśmiechnęła się znacząco do koleżanki. Co za formalista! pomyślała śmiejąc się w duchu ze stojącego przed nim gapiowatego, niedbale ubranego czterdziestolatka. Wyciągnął kartki i podał, obracając nie zadrukowanymi stronami ku górze. Pozornie niedbale patrzył, jak dziewczyna bez słowa uruchomiła niszczarkę, a następnie po kolei wkłada w wąski, warczący otwór kartkę za kartką. - Dziękuję! Ile jestem winien? sięgnął do kieszeni. - Chyba Pan żartuje! zaśmiała się. Prawda, Zosiu? - Tak, odparła obojętnie druga kobieta. - W takim razie jeszcze raz bardzo paniom dziękuję! - Miłego lotu! - Dziękuję, do widzenia, ukłonił się lekko, wychodząc na zewnątrz. Rozejrzał się i ruszył w stronę przejścia. Hay que empezar a pensar cubao[4], pomyślał wjeżdżając ruchomymi schodami na galerię na pięterku. Podszedł do baru. - Proszę kawę, gin tonic, trzy cytrynki i dwie kostki lodu! - Proszę! Postawny mężczyzna w białej koszuli i czarnej, lekko przykrótkiej, kelnerskiej kamizelce sprawnie, jednym obrotem sięgnął po jedną ze stojących za nim butelek, otworzył lodówkę, wyjął charakterystyczną, spłaszczoną butelkę i otworzył. Bez słowa dokończył przygotowanie drinka i krótkim, profesjonalnym gestem położył na srebnej tacce przed klientem. - 25 złotych, proszę! - Proszę! położył dwa banknoty na ladzie i odwrócił się. * autor, tłumaczenia i opis - Tomasz Sadlik, Kraków 2008. [1] Rafael Alberti, przyp. tłum. [2] Sok wyciskany z trzciny cukrowej, przyp. tłum. [4] hiszp. Muszę zacząć myśleć po kubańsku. Dialekt kubański różni się bardzo, zwłaszcza w wymowie, od hiszpańskiego – kastylijskiego, tak, że nawet dla Hiszpanów może być zupełnie niezrozumiały, przyp. tłum.
|
|||